Archive 25 września 2017

Syndrom kota

„Wszystkie nieszczęścia biorą się z braku umiejętności wysiedzenia w swoim pokoju” zawyrokował Blaise Pascal. Trzy i pół wieku temu w pokoju uczonego nie było ani dostępu do internetu ani zasięgu telefonu, więc faktycznie było zdecydowanie trudniej zrobić sobie krzywdę niż obecnie. Tymczasem coraz bardziej realne staje się załatwianie wszystkich spraw bez wychodzenia ze swojego pokoju. Jeśli ktoś podszedłby do tego wyzwania całkiem poważnie mógłby pracować, konsumować, a nawet założyć rodzinę posługując się nowoczesnymi technologiami i w ten sposób nie opuszczając własnego pokoju przeszedłby przez życie. Mógłby sobie drwić z metafizycznego bezsensu podróży niczym Immanuel Kant, który spędził swoje życie w Królewcu. Gdy tylko raz udał się w podróż do Gołdapi, mieszkańcy miasteczka ze względu na to wyróżnienie postawili mu z wdzięczności pomnik.

Rozumiejąc dosłownie przepis Pascala na uniknięcie nieszczęść można żywić pewne obawy czy nie stracił z czasem na aktualności. Jednak filozof wiedział o czym mówi. Bo mówił o ludziach, którzy nie są w stanie skoncentrować się na jednej sprawie, nie posiadają żadnej strategii. Święcie są przekonani o tym, że ten cały bałagan prowadzi do błyskotliwych konkluzji. Wcale nie doprowadzi.

Można wskazywać rozmaite powody takiego stanu umysłu. Na przykład Gary Small i Gigi Vorgan w swojej książce iBrain wskazują, że długi kontakt z nowymi technologiami powoduje gorsze rozwijanie się przednich płatów czołowych. Odpowiadają one za abstrakcyjne myślenie, planowanie, cierpliwość i zrozumienie, że nagroda jest odsunięta w czasie. Tymczasem duch czasów przejawia się w dążeniu do równoległego przetwarzania informacji – multitaskingu – polegającego na wykonywaniu kilku czynności naraz. Skoro tak, to można szybciej. Można wydajniej. Można skuteczniej. Można intensywniej. Ekscytacja związana z oczekiwaniem na nadejście nowych informacji jest tak samo uzależniająca jak podjadanie chipsów – zauważa Nina Kaczmarewicz. Jakim kosztem się to odbywa? Stanisław Lem już dawno skwitował: „nikt nic nie czyta, a jeśli czyta to nic nie rozumie, a jeśli rozumie, to nic nie pamięta” . Coraz bardziej brakuje nam umiejętności „wysiedzenia w swoim pokoju”, nawet jeśli w sensie dosłownym nie ruszamy się z krzesła. 

Od początku istnienia naszej Szkoły zdarzają się klienci, nie potrafiący usiedzieć w jednym miejscu . Mistrzów w tej kategorii nazywamy umownie słuchaczami owładniętymi syndromem Kota (gdzie kot stanowi metaforę nieprzewidywalnego stworzenia). Kot składając nam wizytę opowiada o 10 szkołach, w których pobierał naukę. W połowie z nich rozpoczynał naukę angielskiego niezmiennie od poziomu dla początkujących, a w pozostałych doświadczył nauki innych pięciu języków. Kot długo analizuje ofertę nie mogąc się zdecydować między angielskim a włoskim, po czym doznaje olśnienia i zapisuje się na szwedzki.

Na zajęcia Kot przychodzi 20 minut za wcześnie, 20 minut za późno lub w ogóle. W ostatnim scenariuszu prowadzimy rozmowę telefoniczną z Kotem, podczas której Kot z rozżaleniem kontestuje niezadowolenie, jak mógł zapomnieć, że zapisał się na tak świetny kurs. Gdy przychodzi na zajęcia zaskakuje odjechanymi pomysłami. Tańczy śpiewa, recytuje. Wszyscy Słuchacze są wniebowzięci, że mają w grupie cool kolesia/kolesiową. 

Kot nie wykonuje żadnych prac domowych, chyba, że zrobi przez przypadek. Na zajęciach prowadzi różnorodne wędrówki myślowe. Na ogół nie zna podstawowego słownictwa, co rekompensuje jednak niepomierną chęcią zgłębienia frazeologii ornitologicznej lub nazewnictwa procesów technologicznych w czeskich hutach szkła. Wtedy zaczynamy się Kotu przyglądać uważniej i rozpoznajemy w Kocie Kota. 

Kot wędruje też po szkole dosłownie. Wiemy już, że o godzinie, w której rozpoczynają się zajęcia Kot krząta się po biurze dokonując masowych zakupów słodyczy i próbując udźwignąć trzy kawy. Gdy spostrzeże, że zajęcia właśnie się rozpoczęły pędzi ile sił w nogach do sali. Wpadając na zajęcia Kot pozostaje w tempie sprintu, w którym biegł. Wychodzi z zajęć na ogół niespodziewanie. Na przykład żeby załatwić jakąś pilną sprawę, może też odbyć rozmowę przez komórkę. Może też iść do toalety i tam kombinować jakie pytanie zadać lektorowi, żeby wprawić go w osłupienie.

Kot wędruje pomiędzy szkołami. Robi to w ciągłym kamuflażu uważając zapewne, że wszystkie szkoły dybią na jego cenne futro. Kot odchodzi nagle. Najczęściej na przełomie semestrów podnosi kotwicę i wyrusza tam, gdzie pasą się konie, jeśli nie renifery. Czasami powiadomi o tym sms-em. Większość Kotów jednak nie mówi nic i nie wysyła sms-ów. Nie przychodzi na zajęcia, znika, nie odbiera telefonów. Czasami jednak przysyła swoje siostry i swoich braci w zastępstwo. Czemu to robi?

Marzena Żylińska na konferencji dotyczącej motywacji w nauce zauważyła, że cały system edukacji zachorował na ADHD. Powierzchowność, nerwowe skakanie z jednego tematu na drugi, „bulimia” informacyjna prowadzi do impasu w edukacji. Tymczasem neurony potrzebują czasu. Uczą się wolno. Potrzebują spokoju i koncentracji. Potrzebują intensywnego kontaktu z przedmiotem analizy. Chcą, żebyś siedział w swoim pokoju.

Copyright © 2001-2017 EuroDialog. All rights reserved.

Syndrom „matki Polki”

„Jeśli zamkniesz drzwi przed wszelkim błędem, prawda pozostanie za drzwiami” poetycko zwrócił uwagę na pewien paradoks Rabindranath Tagore. Człowiek nie lubi błędu. Błąd jest rzeczą wstydliwą. Chyba, że popełni go ktoś inny.

Psychologowie badając ten temat stworzyli zasadę podstawowego błędu atrybucji. W myśl tej reguły własne zachowanie tłumaczymy sobie czynnikami zewnętrznymi, a przyczyn zachowań innych osób szukamy wewnątrz obserwowanej osoby. Spóźniłeś się do pracy? Były korki. Kolega się spóźnił? Jest nierzetelny! Spowodowałeś stłuczkę? Było ślisko. Ktoś uderzył w Twój samochód? Jechał za szybko!

Wiedziałeś, że tak tłumaczysz swoje błędy? Nic nie szkodzi. Robisz teraz przegląd swojego życia, aby postanowić się poprawić? Daj spokój. Czujesz się z tym nieswojo? Niepotrzebnie. To, że, mówiąc językiem biblijnym, nie widzisz belki w swoim oku ma więcej zalet niż przypuszczasz. To się przydaje.

Wyobraź sobie, że spędzasz wakacje w uroczym Székesfehérvár lub w Hódmezővásárhely. Właśnie wykorzystałeś swój angielski na poziomie a2+ by zamówić hot-doga (oczywiście mówisz po angielsku, gdyż język węgierski Pan Bóg stworzył na końcu – nic nie lepszego nie mógł już wymyślić). Madziar krząta się i za chwilę będziesz mógł zapomnieć o głodzie. Ale, ale… co on robi? Sięga po tuzin przypraw, które za dwie sekundy sprawią, że swojego obiadku nie będziesz mógł zakwalifikować jako przydatnego do spożycia. Spokojnie, dwie sekundy to dużo czasu, team Mclarena w dwie sekundy potrafi zmienić koło podczas wyścigów w formule 1, więc Ty powinieneś dać radę uratować swój obiad. Chyba już pora zacząć pomału interweniować. No dobra, jeszcze chwilka, przełknij ślinę. Teraz. A może nie będzie trzeba, może się rozmyśli? No dobra, zacznij już, bo stracisz garść forintów. Stało się. Słyszysz swój głos po angielsku, mimo, że nie przygotowałeś tego monologu pięć minut wcześniej. Prawdopodobnie popełniłeś kilka błędów. Trudno. Obiad uratowany.

Nic złego się nie stało. Rozmówca nie wręczył Ci kartki z opisem Twoich błędów językowych, nie wyśmiał Cię, nie odesłał Cię do najbliższej szkoły językowej. Co najwyżej pomyślał, że Twój angielski nie jest doskonały. Ale Twoje samopoczucie jest też całkiem dobre, załatwiłeś co chciałeś. Cóż, że nie do końca poprawnie? Miałeś do tego prawo – przecież zostałeś zaskoczony. Swoje błędy wytłumaczyłeś okolicznościami, atrybucja sytuacyjna pozwoliła Ci sprawnie działać.

Twoja reakcja wcale nie była oczywista. Wyobraź sobie, że na Twoim miejscu Matylda przyglądałaby się bez słowa na doprawianego hot-doga, mając nadzieję, że mielona papryka węgierska nie będzie wcale tak piekła. Jak to możliwe? Myślisz: Matylda jest nieśmiała! Wyłącz na chwilę ocenę według atrybucji pozycyjnej i zastanów się jakie okoliczności mogły to spowodować.

Wyobraź sobie zajęcia języka angielskiego, które przypominają wizytę u lekarza. Matylda przychodzi na nie zdrowa, a wychodzi chora. Prowadzi je lektor, który ciągle poprawia błędy swoich matołków lub też przytakuje, gdy udało się im powiedzieć cokolwiek dobrze. Istnieją lektorzy, którzy potrafią na zmianę przytakiwać po każdym słówku dobrym (powiedziałam coś dobrze, ach, co za radość!) i poprawiać po każdym słówku błędnym (na drugi raz będę już pamiętać!). W konsekwencji powstaje wyjątkowy nawyk u Matyldy. Gdy chce coś powiedzieć spogląda na lektora pytająco, zatrzymując się po każdym słowie.

Takie schorzenie nazywamy syndromem „matki Polki”. Nazwę wymyśliliśmy stąd, że prowadzący uzależnia w ten sposób wypowiedź ucznia od swojej matczynej i troskliwej opieki. Problem polega na tym, że „matka Polka” opiekę ogranicza wyłącznie do zajęć i nie chce podróżować z Matyldą ani służbowo ani wakacyjnie. Wychowankowie „matki Polki” boją się otworzyć usta poza salą zajęć! Po opuszczeniu strefy komfortu tęsknym spojrzeniem szukają swojego lektora, aby stanął dzielnie u ich boku. 

Ciekawe jest też to, że „matka Polka” wykonuje wprost tytaniczną pracę i po zajęciach jest wykończona. Nic dziwnego, bo musi pracować za 12 osób. Nie zastanawia się przy tym ile jej roboty jest wykonywane na marne, bo przecież żaden normalny człowiek nie zapamięta tylu poprawnych form ile „matka Polka” mu nawrzuca do wypowiedzi. Jest bardzo wyrozumiała. Podobny błąd może poprawić u jednej osoby 84 razy w czasie zajęć, ale nie uda się jej dokonać refleksji w postaci usystematyzowania błędów i przygotowania „systemu naprawczego”. Jej system to wyrozumiałe serce i ubezwłasnowolnienie słuchaczy, którzy sobie myślą: „ale ze mnie ciamajda, ciągle mi się wszystko miesza, lepiej będę siedział cicho”, albo „o Boże, udało mi się całe zdanie powiedzieć bez błędu, nie mogę wyjść ze zdumienia, lepiej skończę tę wypowiedź, żeby nic nie popsuć!” I wszystko dzięki wielkiemu sercu „matki Polki”, która dba, aby nie stała się nikomu krzywda, np. w konfrontacji z jakimś tubylcem językowym, który by biedne dzieci zbałamucił i w szczerym polu zostawił.

Takie mogły być okoliczności. Ale poszukajmy przyczyn wewnętrznych. Wyobraź sobie Pana Dzierżysława, który musiałby obficie popijać colę po zjedzeniu pikantnego hot doga. Dzierżysław jest perfekcjonistą. I właśnie ta cecha powoduje, że od lat uderza w językowy „szklany sufit”. Dla Dzierżysława błąd jest jednoznaczny z brakiem komunikacji. Więc po co się odzywać?

Wróćmy do sali zajęć. Tym razem w EuroDialogu. Dzierżysław uważa, że lektor spełnia rolę wyroczni. Zakłada więc, że komunikacja z nim jest najbardziej wartościowa, gdyż nie popełnia on błędów. Tymczasem lektor, który wie, że Dzierżysław to wie, zrobi wszystko, aby nie dopuścić do „perfekcyjnej komunikacji”. Usunie się na bok, poprosi Dzierżysława i Matyldę o odegranie scenki, w której będą kupować od siebie hot-dogi. W ten sposób kursanci powoli oswajają się z błędem. Osiągnięcie celu rozmowy stało się ważniejsze niż droga, którą podążają. 

Zapewne przychodzi Ci na myśl podstawowa wątpliwość: czy to oznacza, że nigdy nie będziesz mówić poprawnie? Będziesz mówić coraz lepiej, hiperpoprawność jest śmieszna, gdyż jest nienaturalna. Perfekcjonizm zostaw japońskim technologom, niech anegdotki o nich poprawiają innym humor: 

Pewien amerykański producent komputerów nie był zadowolony z jednego ze swoich amerykańskich dostawców – zbyt wiele części było nieprawidłowych. Postanowił więc spróbować współpracy z Japończykami. W zamówieniu napisał, że oczekuje, aby średnio na każde 10 tys. produktów zgodnie z normą nie było więcej niż 4 wadliwe. Japończycy wraz z dostawą urządzeń załączyli list: „My, Japończycy, mamy trudności ze zrozumieniem północnoamerykańskiego sposobu prowadzenia interesów. Cztery wadliwe części zapakowaliśmy osobno.” (Źródło: Andrzej Blikle, Doktryna jakości ― rzecz o skutecznym zarządzaniu, s. 25).

Copyright © 2001-2017 EuroDialog. All rights reserved.

Angielski czy pięć kociąt perskich z rodowodem?

7.380 zł – tyle trzeba zapłacić za kurs języka angielskiego, aby nic nie umiejąc ukończyć poziom C1, który w rozumieniu Rady Europy oznacza m.in. umiejętność formułowania wypowiedzi płynnie, spontanicznie w kontaktach towarzyskich, społecznych, edukacyjnych bądź zawodowych., bez większego trudu odnajdując właściwe sformułowania. 

Cóż, kwota niemała, więc trzeba dokładnie zbadać argumenty za i przeciw. Zwróć uwagę, jakie musisz ponieść wyrzeczenia z tym związane. Zacznijmy od finansów. Zamiast kursu angielskiego za 7.380 zł mógłbyś też kupić:
– ośmioletniego fiata Pandę;
– 14-dniowy pobyt w czterogwiazdkowym hotelu all inclusive na Malcie z osobą towarzyszącą;
– trzy i pół nowego iPhone’a;
– trzy semestry studiów na filologii angielskiej w trybie niestacjonarnym;
– 1.230 gofrów z bitą śmietaną i owocami; 
– pięć kociąt perskich z rodowodem.

Decydując się wydać pieniądze na kurs angielskiego musisz zatem rozważyć, czy powyżej zaproponowane zakupy nie będą dla Ciebie bardziej atrakcyjne, co oczywiście jest sprawą indywidualną.

Jednak koszt finansowy to nie wszystko. Uczestnictwo w kursie to także czas, który będziesz musiał poświęcić na naukę i dojazdy. Podana cena dotyczy standardowego kursu dwa razy w tygodniu, abyś miał pewność, że zrealizujesz materiał. Każdy poziom obejmuje 120 h lekcyjnych i trwa rok. Proponujemy przygotowanie do C1 rozłożyć na sześć lat (poziomy: A1, A2, B1, B2, B2+, C1). Dodatkowo powinieneś odrabiać prace domowe, na które średnio poświęcisz 30 minut przed każdymi zajęciami. Jeśli nie mieszkasz akurat w sąsiedztwie Szkoły, to stracisz trochę czasu na dojazdy. Zakładamy, że na przejazdy z Widzewa lub z Retkini i z powortem poświęcisz każdorazowo 60 minut. Liczymy: 120 h lekcyjnych = 90 godzin zegarowych + 30 godzin na prace domowe + 60 godzin na dojazdy daje 180 godzin w roku i 1080 godzin dla całego kursu od zera do C1. Niby w sumie tylko 45 dni, ale problem polega na tym, że te godziny trzeba rozłożyć na 6 lat, aby dały zamierzony efekt. 

To teraz zastanów się, czy nie będzie dla Ciebie bardziej korzystne wykorzystanie tego czasu na:
– obejrzenie 864 odcinków X-Factor;
– pięćdziesiąt przejazdów na trasie Łódź – Kołobrzeg i z powrotem;
– godzinną drzemkę popołudniową codziennie przez trzy lata.

Jeśli udało Ci się zaakceptować cenę oraz stratę czasu, to jeszcze przed Tobą trzecie ważne wyrzeczenie. Jest nim wysiłek intelektualny. To prawdopodobnie powód, dla którego nie wszyscy mają ochotę swobodnie komunikować się po angielsku. Trudno ocenić skalę wysiłku, gdyż dla jednych będzie on przyjemnością a dla mniej utalentowanych lingwistycznie wiązać się będzie z pamięciowym opanowaniem materiału. Przyjmijmy bardziej pesymistyczny scenariusz i załóżmy (nie obrażaj się), że nie masz talentu do nauki języków. 

Przyjmuje się, że aby mówić swobodnie musisz opanować około 12.000 słów. Gdybyś spisał te słowa ciurkiem czcionką 12 z odstępem 1,5 linii powinny się zmieścić na 50 stronach. Zapytany o dowolne słowo wymienione na tych 50 stronach – powinieneś znać jego znaczenie. Albo inaczej: to tak jakbyś umiał powiedzieć jak nazywa się każdy mieszkaniec Koluszek spoglądając na jego twarz.

Powyżej staraliśmy się stworzyć wyobrażenie ceny, czasu i wysiłku, z którym musisz się liczyć, abyś mógł mówić po angielsku. Jeśli jesteś w stanie to zaakceptować, to na koniec jeszcze jedna, dość przykra wiadomość: nie wystarczy się nauczyć, żeby umieć. Ten proces trwa całe życie. Tu jednak mamy coś, co może Cię ucieszyć. Bo w utrzymywaniu kontaktu z językiem pomoże Ci zarówno pobyt w czterogwiazdkowym hotelu all inclusive na Malcie z osobą towarzyszącą, jak i obejrzenie 864 odcinków X-Factor (w wersji angielskiej), a nawet monologi do pięciu perskich kociąt z rodowodem. 

Copyright © 2001-2017 EuroDialog. All rights reserved.

Skip to content